Słyszałam pobrzękiwanie
zawieszonych na żyrandolu metalowych dzwoneczków, kiedy przez sypialnię
przetoczył się niespodziewanie silny przeciąg. Temperatura w
pomieszczeniu spadła niespodziewanie szybko, a z moich ust wyrwał się
nieoczekiwanie biały obłoczek. Zacisnęłam zęby, gdy na rzęsach pojawiły
się pierwsze oznaki szronu. Zawiesiłam ramiona i rzuciłam na otwartą
walizkę parę sztruksowych spodni w kolorze butelkowej zieleni.
Wiedziałam, że gdy się odwrócę, zobaczę przed sobą twarz ducha, o czym
świadczył zimny pot spływający mi po karku oraz szara, prześwitująca
dłoń na moim ramieniu. Czułam jego agresywną postawę – całe
pomieszczenie aż trzeszczało od wyładowania elektrycznego, a na moich
rękach włoski stawały dęba.
W takich chwilach jak
ta, bycie medium mogłam nazwać zwykłą kulą u nogi. Mierzenie się z
poltergeistem pierwszego stopnia, nie należało do najprzyjemniejszych
momentów w moim życiu. I choć ten nie mógł w żaden sposób mnie
skrzywdzić, to jego interakcje z pogodą stawały się uciążliwe, kiedy nie
można było tego przewidzieć. A tym bardziej, kiedy nie można było z nim
normalnie porozmawiać.
Zanim w ogóle otworzyłam
usta, aby zganić zmorę za beztroskie wtargnięcie do domu, ta przeszła
przeze mnie i rozłożyła ramiona, starając się zwrócić na siebie moją
uwagę. Otworzyła nawet usta, starając się coś powiedzieć, ale
wiedziałam, że i tak nic od niej nie usłyszę. Jęknęłam zaskoczona i
wciągnęłam do płuc porządny haust powietrza. Lód przeniknął mnie do
żywego, a moment jej śmierci mignął mi przed oczami. Wypadek
samochodowy. Rozpłatana czaszka i krwotok wewnętrzny. Liczne złamania i
brak żywej duszy na ulicy, oprócz jelenia, który uciekł z drogi.
Pokręciłam głową, wyrzucając z myśli obraz konającej kobiety.
– Zdajesz sobie sprawę,
że za to wtargnięcie możesz mnie co najwyżej pocałować w tyłek? –
burknęłam i potarłam odkryte ramiona dłońmi. Nawet tatuaż konstelacji
skorpiona stał się bledszy i prawie niewidoczny na niemal sinej skórze. –
Nie powinnaś tak robić. Nie możesz wtargać sobie tutaj jak do siebie i
oczekiwać, że zwrócę ci życie. To nie tak działa.
Dusza skrzywiła się i
wydarła na mnie. Nie byłam jednak pewna, czy zdawała sobie sprawę, że
nie słyszałam ani słowa z tego, co do mnie właśnie mówiła. Najwyraźniej
się tym kompletnie nie przejmowała albo w ogóle nie wiedziała, ponieważ
dalej wymachiwała rękoma i otwierała usta. Tymczasem ja miałam chwilę na
to, aby przyjrzeć się jej bardziej z bliska. Eleganckie ubrania, które
nosiła miały mnóstwo wypalonych dziur i plam od krwi. Część głowy
natomiast nieprzyjemnie została zmiażdżona. Prawa strona czaszki była
wciśnięta do środka, a płaty skóry zwisały z niej. Większość włosów
straciła, a to co pozostało, najwyraźniej zostało nadpalone. Całe
szczęście twarz miała na tyle normalną, że nie musiałam obawiać się, że
zwrócę drugie śniadanie. Dusza na oko miała ze trzydzieści parę lat,
ciemne włosy i kilka mimicznych zmarszczek. Ta kobieta zza życia była
pewnie ładna. Jednak nie to zwróciło moją uwagę – na jej palcu widniała
obrączka.
Zacisnęłam zęby i
przełknęłam żółć, która cofnęła mi się do gardła na myśl o tym, że
właśnie przyszło jej się żegnać z ukochaną osobą, niezależnie od tego
ile czasu ze sobą spędzili.
– Nie słyszę cię, jasne?
– powiedziałam szybko, a dusza zamilkła zaskoczona. – Nie żyjesz. Nic z
tym nie mogę zrobić. Nie oddam ci ciała w nienagannym stanie. Nie
ożywię ponownie. Nie taka jest moja rola. Jestem medium. Czy wiesz kto
to? – dusza przytaknęła, a bruzda na jej czole się powiększyła. – Moim
zadaniem jest rozmowa z takimi jak ty. No cóż... przynajmniej w
przenośni. Jak widzisz, nie z każdym mogę rozmawiać, ale wracając do
tego co jest istotne na chwilę obecną. Jesteś tutaj, ponieważ musisz
pożegnać się z tym życiem i opuścić ziemię. I odpowiadając na twoje
pytanie: nie, nie wiem co się z tobą stanie po opuszczeniu ziemi. Wiem
jednak, że jeśli tego nie zrobisz będziesz się błąkać przez następne
stulecia, a twoja dusza nie zazna spokoju. Zrozumiałaś?
Dusza pokręciła głową. Uniosła dłoń i wskazała na swój pierścionek.
Dasz radę, Soraya. To jak zerwanie plastra. Nie pierwszy raz to mówisz.
– Przykro mi, ale nie
możesz wrócić. Nawet do osoby, którą kochasz. Ona nie będzie cię
widziała ani czuła. Będzie cię opłakiwać, ale nie pozostanie jej nic jak
ruszyć do przodu. Jeżeli wolisz na to patrzeć, w porządku. Ty o tym
decydujesz. Jednak pamiętaj, że odrzucając moją pomoc, a w tym możliwość
opuszczenia ziemi, już nigdy nie będziesz mogła przystąpić do tego
ponownie. Utkniesz tutaj na zawsze. Zastanów się nad tym, dobrze? Takie
dusze nigdy dobrze nie kończą.
Kobieta zacisnęła zęby i
rzuciła się do przodu, starając się wbić we mnie swoje paznokcie. Każda
jej próba kończyła się na tym, że zalewała się coraz mocniej łzami.
Spazmy targały jej ciałem. Co rusz przecierała rękawem policzki, choć
nic z oczu nie wypływało. Przez lata obserwacji nauczyłam się, że duchy
nie mogły płakać. Niezależnie od ich stopnia.
– Przepraszam, ale nic
na to nie poradzę. Wykonuję po prostu swoją robotę. Przykro mi z twojego
powodu, naprawdę, ale myślę że powinnaś zastanowić się nad tym, czy
jest coś, co chciałabyś zrobić przed odejściem – westchnęłam ciężko i
łapiąc się za głowę, patrzyłam jak dusza opada na kolana, faluje na
powietrzu przez chwilę, aż w końcu znika. Wybrała pozostanie na ziemi, a
ja nie mogłam jej za to winić. – Dobra robota, Soraya. Naprawdę. Kawał
dobrej roboty. Kolejna dusza pozostała na ziemi.
Cichy śmiech poniósł się po pomieszczeniu, kiedy temperatura wróciła do normy.
– Jeszcze trochę wprawy i może w końcu uda ci się mnie przekonać do odejścia.
Wywróciłam oczami i
spojrzałam przez ramię. Duke stał opary o framugę drzwi, trzymał jedną
dłoń w kieszeni spodni, a drugą przeczesywał swoje włosy. Jak zwykle był
ubrany w te same klasyczne ubrania: flanelową koszulę i jasne spodnie, a
na stopach miał brązowe mokasyny.
Duke'a Hickmana poznałam
trzy lata temu, na szkolnej próbie spektaklu „Dziadka do orzechów",
gdzie miałam grać Klarę. Ostatecznie jednak wylądowałam wśród
oglądających ze złamaną nogą, przypatrując się z żalem jak Jeannine
Perez kolejny raz wygrywa w naszej gimnazjalnej przepychance i dostaje
gromkie gratulacje. Do dnia dzisiejszego pamiętam sarkastyczny uśmiech
ducha, kiedy nieszczęśliwie zleciałam ze sceny z jego powodu. Z jednej
strony nie dziwiłam się mężczyźnie, który doprowadził do jego śmierci
umyślnie. Sama bym to zrobiła, ponieważ Duke potrafił zajść za skórę.
Często się wywyższał, a to co miał zwykle zdobywał przez nieczyste
zagrywki. Tym też powodem został przejechany przez mercedesa profesora
jednej z lepszych uczelni, który dowiedział się, że jego żona ma romans
ze studentem w zamian za zaliczenia. Zmarł na miejscu, zmiażdżony przez
koła samochodu.
– Uwierz – powiedziałam i minęłam go w przejściu, ciągnąc za sobą walizkę. – Nie marzę o niczym innym.
Przeszłam przez
korytarz, usilnie starając się nie uderzyć ani nie wywrócić pudeł, które
tam zalegały. W większości z nich były same zdjęcia oraz figurki, które
mama nade wszystko uwielbiała zbierać. Na żółtych ścianach odznaczały
się kwadraty oraz prostokąty po ściągniętych już fotografiach. Czerwony,
staroświecki dywan został zwinięty i ułożony obok schodów, przez co
teraz mogłam przyjrzeć się startym i porysowanym panelom. Żyrandol już
dawno zanieśli do ciężarówki, przez co pozostała sama chwiejąca się na
boki, żarówka na kabelku.
– Jesteś strasznie
drażliwa dzisiaj, wiesz? – wyminął mnie, przy okazji trącając ramieniem.
Zacisnęłam zęby i pociągnęłam mocniej za rączkę walizki. – Czuję się
źle z tym, że będę siedział obok ciebie dwie godziny w samochodzie i
nawet słowem się do mnie nie odezwiesz.
Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do niego.
– Ja też się z tego
powodu nie cieszę, Duke. Ale wiesz, że jeśli mama albo Tedd coś zauważą,
będę leciała samolotem pierwszej klasy prosto do psychiatryka.
Pamiętasz co się stało z kuzynką Melody? Ciotka Trudy wycisnęła z niej
to, że jest medium i co? Wylądowała w psychiatryku, więc wybacz, ale nie
widzi mi się jedzenie z zawiązanymi rękoma w kaftanie bezpieczeństwa
czy chodzenie z przemiłą panią pielęgniarką do łazienki, bo muszę siku.
Serio. Dwie godziny to nie wiele.
Bycie medium nauczyło
mnie, że prawda nie zawsze stanowiła dobre wyjście. Czasami lepiej było
kłamać, aniżeli pozwolić innym poznać swoje sekrety. Melody,
siostrzenica mojego zmarłego ojca była taka jak ja, choć wiele nas
różniło. Słuch o niej zaginął sześć lat temu, kiedy wpadła przed całą
rodziną na weselu swojej starszej siostry. Nikt oprócz mnie nie widział,
że rozmawiała ze starszą panią z siekierą w głowie, która uparcie ją
błagała o to, aby zajęła się jej Pampuszkiem – kocurem, który już dawno
zajął się jej ciałem. Dla pozostałej części rodziny wyglądała na
obłąkaną. Chorą na głowę. Więc kiedy następnego dnia doszła do nas
informacja, że została umieszczona w ośrodku psychiatrycznym dla swojego
dobra, nikt nie był zdziwiony takim obrotem spraw. I choć nie miałyśmy
ze sobą dobrego kontaktu, to wiele razy chciałam ją odwiedzić i
żałowałam, że nie wstawiłam się jakoś za nią. Jednak żyjąc wśród ludzi,
którzy źle reagują na dziwactwa, cieszyłam się, że nie odebrałam sobie
szansy na normalne funkcjonowanie pośród zwyczajnych nastolatków.
Byłam egoistką i dlatego trzymałam język za zębami.
Przekroczyłam próg domu i
dopiero poczułam, że faktycznie muszę pożegnać się z całą masą
wspomnień. Teraz czekał na mnie stary domek jednorodzinny, Ted i mama,
nowi znajomi oraz szkoła. Wszystko ma swój początek, tak jak i koniec.
Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!